Here Comes Everybody
piątek, 30 maj 2008
Postanowiłem zacząć pisać więcej o tym co czytam, bo jakoś pisanie o innych sprawach mi nie idzie. (Na pewno też, ta akurat książka zachęciła mnie, by ponownie uaktywnić się na tej stronie.)
Jakiś tydzień temu, jak zwykle wracając około 19 do domu, po całym dniu spędzonym na pisaniu programu i czytaniu internetu, zacząłem zastanawiać się dlaczego nie brakuje mi TV. (Od pond roku jak mieszkamy w nowym domu praktycznie nie mamy telewizji.)
Zadałem sobie pytanie: "Jak ludzie znajdują czas na oglądanie TV". Z lekkim zdziwieniem, skonstatowałem, że przecież ja też kiedyś oglądałem TV... i to codziennie! Jak to moźliwe, że miałem na to czas?
Długo nie musiałem czekać na odpowiedź. Następnego dnia pojawił się ten blog Gin, Television, and Social Surplus
Zaspokojony odpowiedzią, że teraz nie muszę się już upijać (jak pokolenie naszych pradziadków), czy otumaniać telenowelami (jak pokolenie naszych rodziców) wziąłem się za bardziej pożyteczne rzeczy, tzn. zacząłem szukać czegoś ciekawego w internecie ;-)
Ku mojemu zdumieniu okazało się, że nie wszyscy rozumieją rzeczy oczywiste. Następnego dnia przeczytałem to Erm, excuse me, but I think Everybody was here all along
Jak przeszły mi emocje spowodowane "ślepotą" drugiego autora, pomyślałem "nie ma przypadków"... trzeba książkę przeczytać.
Here Comes Everybody Clay'a Shirky napisana jest naprawdę świetnie. 300 stron "pochłonąłem" w dwa wieczory. Było to możliwe nie tylko dzięki świetnej formie, ale przede wszystkim dzięki świetnej argumentacji i przykładom.
Społecznościami internetowymi interesowałem się od zawsze, tzn. od pojawienia się tego terminu, czyli już prawie 10 lat. Ta książka jest jednak inna. Nie pokazuje tworzenia się nowych społeczności w internecie, czy różnego rodzaju "światach wirtualnych", ona pokazuje jak pod wpływem nowych mediów, zmienia się całe nasze społeczeństwo.
Trzeba być ślepym by po argumentacji Shirky nie dostrzegać rzeczy oczywistych. Trzeba jednak niesamowitej spostrzegawczości, by dojrzeć je za pierwszym razem.
Żyjemy w czasach rewolucyjnych zmian technologicznych nie dlatego, że komputery pozwoliły poznać nasz genom, czy dlatego, że potrafimy zbudować akcelerator cząsteczek elementarnych CERN. Żyjemy w czasach rewolucji technologicznej, bo mamy komórkę, e-maila, czat i bloga.
Oczywiście można powiedzieć, że nowe media nie zmieniają tak naprawdę niczego. Jedynie pewne rzeczy intensyfikują.
Nie dostrzeganie jednak zmian jakościowych, idących za pozornie jedynie ilościowymi przemianami, jest niedostrzeganiem sedna sprawy.
Oczywiście zawsze istniały w kościele różnego rodzaju schizmy i rozłamy. Jednak dopiero upowszechnienie druku pozwoliło zaistnieć reformacji i przewartościowaniu całego społeczeństwa.
Różnego rodzaju utopie społeczne istniały już w starożytności. Dopiero jednak upowszechnienie edukacji, propagandy (radia i prasy), oraz środków komunikacji (telefon, łączność radiowa w wojsku) pozwoliły zaistnieć utopiom XX wieku.
To, że żyjemy w epoce kolejnej rewolucji społeczno-technicznej, porównywalnej z wynalezieniem druku, nie ulega wątpliwości. To, że przyniesie ona nie tylko korzystne zmiany, niestety też.
Nie czekają nas oczywiście kolejne wojny religijne, czy obozy koncentracyjne - to należy już bezpowrotnie do przeszłości. Będą na pewno inne wyzwania. Jednym z nich może być terroryzm. Chyba jednak dużo bardziej niebezpiecznym i długofalowym, będzie pojawienie się antyspołecznych grup społecznych. Co jest całkowicie nowe, będą one trwałe i zorganizowane, mimo całkowitego rozproszenia geograficznego i powszechnego braku akceptacji.
Jeśli już teraz nastolatki, dzięki nowym środkom komunikacji, są w stanie stworzyć ruch, czy grupę społeczną, promującą anoreksję, to co będzie, gdy środki te się udoskonalą, a dziewczynki dorosną...
Jako społeczeństwo, nauczyliśmy się rozpoznawać jako zagrożenie fanatyzm religijny i ideologie totalitarne. Na pewno uda nam się też przeciwdziałać tym nowym zagrożeniom.
Poprzednie rewolucje technologiczne przyniosły nie tylko wojny i fanatyzm. Przyniosły przede wszystkim powszechną edukację i dobrobyt.
W końcu XIX wieku ludzie mogli się codziennie upijać w pubach, bo było ich na to stać (i nie interesowała ich już religia). Ludzie końca XX wieku mogli prześnić przed telewizorem znaczną część swojego życia, bo mieli na to czas (i nie interesowała ich już ideologia).
Ja mogę pisać bloga, którego pewnie mało kto przeczyta, bo... mam czas, pieniądze i nie pociągają mnie już małe grupy społeczne (by nie powiedzieć sekty) bez względu czy wirtualne, czy też nie ;-)
Po raz pierwszy w historii tak rewolucyjna zmiana społeczna, nastąpi za życia jednego pokolenia. Naszego życia.
Pamiętamy XX wiek bez internetu i komórki. Widzieliśmy ich pierwsze kroki. Widzimy jak portale społecznościowe typu Nasza-Klasa, Facebook itp. stają się powszechną rozrywką.
Na pewno nadejdą jeszcze czasy, gdy zapomnimy, że kiedykolwiek było inaczej...
Dziś myślę: Jak kiedyś mogłem żyć bez komputera...
Jutro pomyślę: Jak kiedyś mogłem spędzić cały dzień przed komputerem... ;-)
Dość ciekawy głos krytyczny przedstawia Emily Gould w swoim artykule "It's Not a Revolution if Nobody Loses".
Przytacza esej Waltera Benajmina który twierdził, że rozwój mediów w XX wieku takich jak fotografia i film odsunęły nas od rzeczywistości, torując jednocześnie drogę faszyzmowi i innym utopią totalitarnym XX wieku.
Sama jednak autorka nie zauważa, że rozwój cywilizacji polega właśnie na wirtualizacji naszego życia. Coraz mniej poruszamy się w realnej rzeczywistości fizycznej, a coraz bardziej w wirtualnym świecie meme-ów tworzonych przez nas.
Oczywiście niesie to pewne zagrożenia, ale jakoś dotąd wezwania do porzucenia życia w cywilizacji na rzecz jakiejś formy życia pustelniczego nigdy nie przyniosło większych rezultatów - nawet jeśli rzeczywiście powrót do natury wzbogaciłby nasze życie.
książki
Reader Comments